Zespół Szkół Przemysłu Spożywczego
im. J. Rymera - I Wojewody Śląskiego
w Katowicach

  • zdjęcie promujące zawód przetwórca mięsa
  • zdjęcie promujące zawód technik weterynarii
  • zdjęcie promujące zawód piekarz
  • zdjęcie promujące zawód technik technologii żywności
  • zdjęcie promujące zawód cukiernik


„Szolka tyju u Stylów”


 
.

Szafka, kredens, komoda, byfyj... Każdy nazywa to inaczej. Jednak w rodzinie Stylów to od zawsze jest byfyj. Szymon nie do końca wiedział ile mebel ma lat, ale wiedział, że od zawsze był w domu. Pamiętał, gdy jako mały chłopiec, stawiał pierwsze kroki i opierał się o drzwiczki szafek. Pamiętał każdą minutę spędzoną z mamą, kiedy to sadzała go na blacie podczas gotowania. Pamiętał każdą potrawę wigilijną, która została przygotowana na blacie byfyju. Ciocia Kasia, siostra ojca Szymona, mówiła kiedyś chłopcu, że mebel pamiętał jeszcze Szwabów.
Pewnego jesiennego wieczora Szymon postanowił rozwiać tajemnicę starego mebla. Udał się do taty, który miał mu wszystko powiedzieć, jednak zamiast tego odesłał go do swojej mamy. Babci Emilki. Babcia Emilka zamieszkała z nimi od czasu, gdy jej mąż, Alojz, zginął podczas szychty. Wszyscy martwili się o to, że starsza kobieta, pogrąży się w żałobie na tyle, że nie będzie w stanie zająć się sobą. Co nie było prawdą. Pani Emilia wiedziała z czym wiążę się praca górnika. Wiedziała, że któregoś dnia dostanie telefon z wiadomością o stracie męża lub syna. Dlatego też nie spierała się i zamieszkała z panem Jerzym, jego żoną i synami.

- Babciu? - zapytał cicho Szymon, stając w drzwiach babcinego pokoiku na piętrze.
- Wzięłam leki skarbeńku.
- To dobrze, ale ja nie po to przyszedłem...
- Zapomniałach się. Siadej Szymuś. Co tam u ciebie? Jak w szkole? - kobieta uśmiechnęła się ciepło.
- Dobrze babciu. Posłuchaj, chciałem o coś zapytać.
- Nie. Nie powiem Ci wiela mom lot.
- Babciu... Bołbych się zapytać - zaśmiał się chłopak, widząc jak staruszka grozi mu palcem.
- To co byś chcioł?
- Skąd wziął się u nas byfyj?
- Naprowdy nie wiesz? Siadej wygodnie bo to długa historia.

Szymon posłusznie usiadł wygodnie i oparł policzek na dłoni ,patrząc na babcie. Uwielbiał jej historie, kiedy był młodszy, do teraz nic się nie zmieniło. Zauważył, że na kawowym stoliku stoi niewielki imbryczek i dwie filiżanki. Babcia uwielbiała ten zestaw. Mimo, że porcelana była miejscami poplamiona od litrów herbaty, którą w niej podawano, a czerwone różyczki wyblakły, babcia nie pozwoliła go wyrzucić. Nawet tej jednej wyszczerbionej filiżanki. Dostała go od pana Jerzego, gdy ten się wyprowadził. Szymon uśmiechnął się na wspomnienie wojny, jaka miała miejsce,gdy jego mama chciała pozbyć się starego imbryczka. Wszyscy myśleli, że starowinka nie zauważy zniknięcia starego, herbacianego zestawu. Jednak pani Emilia wszczęła coś na kształt trzeciej wojny światowej. Powiedziała coś o tym, że będą mogli pozbyć się go jak umrze, plus trzy dni dla pewności, że nie żyje. Z uśmiechem sięgnął po naczynie i nalał herbaty do obu filiżanek, za co otrzymał uśmiech omy.

- Wszystko się zaczęło, jak moja matka, Zośka, wyprowadziła się od rodziców. Mieszkała wtedy w stolicy, to jest we Warszawie. To był chyba trzydziesty siódmy. Poszła łona jednego dnia na jakiś torg i łoboczyła ten cosik. Była gorolem, to nie wiedziała, że to je byfyj i godała tak mądrze, "kredens". Później spotkała fatra, Tadek mioł na imię. Chłop dobry, Ślązak z dziada pradziada, to i matkę Zośkę tu przywiózł. Mieszkali w Katowicach. A matka biadoliła : " Gdzieżeś Ty mnie Tadziu wywiózł, tożto wiocha kompletna!". Ale się gibko przyzwyczaiła. No i przyszła wojna. Szwaby wlazły nam do dom, jak zoboczyli byfyj, to go chcieli zebrać. Fater, co wiedzioł, że oni łasi na złoto i drogie rzeczy, oddoł mi akcje z kopalni i talony na węgiel. Nie godali po polsku, to się nie kapli, że wszystko z zeszłego roku - pani Emilia zaśmiała się głośno. - Sprytny był pieron.

- Później, jak jo się wyprowadzała z Alojzem, to i nam go dała - kontynuowała po chwili - Alojz nie chcioł. Godoł, że pywnie szpargały tam bydom leżeć. Ale żech się zaszprajcowała i ni mioł wyjścia. Potem to sam tam coś grzeboł non stop. Co chwila godoł, że się coś popsuło, że skrzypi, że zawiasy słabe. Nic ino narzekoł. Ale jak się przeprowadziliśmy na Rymera, do większego mieszkania, to dopiero była zadyma. Któryś, jak wiózł, to mu zdorł lakier z byfyja. Jak on się wtedy darł, był bardziej zmierzły niż jak mu modrej kapusty nie dałach. Matko jedyna, pamiętom jak dzisiej. Jeździł za nowym lakierem, siedzioł w tej piwnicy. Najpierw coś tam szkroboł, żeby lakier zedrzeć, później tam siedzioł bo malowoł. Ze dwa tydnie mu to zlazło. Jak Jurek był grzeczny, to go broł ze sobą. Szkrobali i malowali razem.
- Jak go Barbara wzięła, to oddałach go wom. Mie się już nie przydo,a wiedziałach, że Jurek go nie wyciepie. Postawił go tak, żeby każdy widzioł. Stary już ten byfyj - łodropany, wyblakły, ale nikt go nie wyciepie, nawet jak się rozsypie. Bo go zawsze ktoś poskłodo. Się dziwia, że jeszcze ci fater nie pedzioł, żebyś go odmalowoł abo zawiasy naoliwił. Głupi za tym byfyjem jak jego ojciec.
- Babciu, czyli to oznacza, że nasz byfyj ma osiemdziesiąt jeden lat?! - Szymon otworzył szeroko oczy ze zdumienia.
- A skąd mom wiedzieć? To ty żeś jest dobry z cyferek - dopiła herbatę, więc chłopak od razu uzupełnił babciną filiżankę. - A godoł ci Jurek rymowanka jak Tadek uczył Zośkę, jak się ten jej " kredens" po naszymu nazywo?
- Nie, jak? - Szymon nawet nie zauważył kiedy wypił drugą filiżankę herbaty.
- Przez bity rok jej powtarzoł: " We antryju, na byfyju, stoi szolka tyju." Ale nawet to nic nie dało. U niej do końca to był krydens. Oporno była do naszej godki. Nigdy nie dała ojcu kartofli na obiod, ino ziemniaki. Nie było ponek, ino jabłka. Nawet gumiklejz nie nazywała normalnie, ino kluski godała. Ciężki przypadek gorolstwa, jak to fater godoł.
- Dziękuję za opowieść babciu. Zrobia ci nowej herbaty, co? - chłopak wstał i podniósł, już pusty imbryczek.
- Tyju, synek, nie chca gorolskiej herbaty, ino tyj. Godej do mie jak człowiek a niy. - oburzyła się kobieta, uśmiechając się ukradkiem.

Szymon wyszedł z pokoju babci, śmiejąc się cicho i zszedł na dół, do kuchni. Postawił czajniczek na blacie byfyju, nucąc cicho, gdy wstawiał wodę na herbatę dla omy. Nie wiedział, że nie tylko on jest szczęśliwy. Byfyj, mimo że zrobiony z twardego, zimnego drewna, patrzył na niego w milczeniu. Widział jak kolejne pokolenie wyrasta na jego oczach, przy jego szafkach i na jego blacie. Nie wiedział ilu jeszcze pokoleń będzie dane mu dotrwać, ale wiedział, że nieważne, ile to będzie, z każdym pokoleniem czeka go coś nowego. Coś lepszego? To się okażę. Jedno na pewno się nie zmieni. Byfyj, zostanie byfyjem.